wtorek, 9 kwietnia 2019

Język słowacki w rok - część 2

Mamy kwiecień. Pozostało około 1.5 miesiąca do uruchomienia kanału na YouTube w języku słowackim. Wiem również, że w maju nastąpi dodatkowy, nieplanowany wyjazd na Słowację, na około tydzień. W czasie tego wyjazdu posługując się językiem słowackim:

- zakupię wszystkie bilety kolejowe i autobusowe
- załatwię wszystkie sprawy w hotelu
- wykorzystam język w restauracji i w sklepach
- jeśli będą wolne miejsca, być może uda się pójść do teatru
- zakupię jakąś książkę po słowacku

Tak więc w ciągu 3-4 miesięcy udało się osiągnąć poziom pozwalający na swobodną komunikację w sytuacjach dnia codziennego, a więc mocne A2 lub słabe B1.

Z pewnością opublikuję tutaj jakieś zdjęcia z wyjazdu, no i obowiązkowo filmik na YouTube z moim pierwszym wystąpieniem. :)

----------
Studio Muzyki i Języków Obcych Cytryna.net:
www.cytryna.net

wtorek, 1 stycznia 2019

Język słowacki w rok - aktualizacja

W zeszłym roku zdeklarowałem się, że przeprowadzę eksperyment polegający na nauce języka słowackiego do poziomu B2+ w rok. Niestety plany spełzły na niczym z powodów czysto życiowych, które nie sprzyjały intensywnej nauce języka.

Nic jednak straconego. Chciałbym wrócić do tego projektu. Jednak nie rozpocznę nauki języka zupełnie od zera, ale wrócę do tego, co już rozpocząłem.

Nowy harmonogram prac przedstawia się następująco:

1 stycznia 2019 - 30 września 2019: Przeczytanie podręcznika do poziomu B1 wraz z wykonaniem wszystkich ćwiczeń. Wysłuchanie płyt

1 maja: założenie na YouTube kanału, na którym będą prezentowane krótkie, początkowo 1-2 minutowe filmiki z moimi wypowiedziami w tym języku.

sierpień: wyjazd do kraju i zakup książek

do końca grudnia: lektura zakupionych książek

Ostatecznie chciałbym zademonstrować, że można nauczyć się języka z poziomu A1 do poziomu B2+ w jeden rok

Tak więc trzymajcie kciuki. Do dwóch razy sztuka!

Oczywiście nagrywane filmiki będę oczywiście prezentował na tym blogu.

----------
Studio Muzyki i Języków Obcych Cytryna.net:
www.cytryna.net

niedziela, 4 marca 2018

Język słowacki w 10 miesięcy - pomysł

Witajcie po dłuższej przerwie. Zatęskniłem za nowym wyzwaniem językowym. Tym razem będzie ono nietypowe.

Otóż chciałbym przyswoić sobie język słowacki od zera do poziomu B2 w - uwaga! - 10 miesięcy.

Zadanie to jest i łatwe i trudne. Z jednej strony język słowacki dzięki swoim podobieństwom jest dość przystępny dla Polaków. Z drugiej strony poziom B2 to poziom bardzo wysoki, umożliwiający swobodne wypowiadanie się na różnorodne tematy.

Projekt rozpoczynam od 1 marca 2018 roku. Jego podsumowanie nastąpi 1 stycznia 2019.

Zakupiłem już 3 podręczniki Krížom Krážom: część pierwsza do poziomu A1, część 2 do poziomu A2, część trzecia do poziomu B1.

Harmonogram przedstawia się następująco:

1 marca - rozpoczęcie nauki.
1 marca - 31 maja - przerobić Krížom Krážom A1
1 czerwca - 31 sierpnia - przerobić Krížom Krážom A2
w sierpniu - wycieczka do Bratysławy. Zakup kilku powieści w języku słowackim.
1 września - 30 listopada - przerobić Krížom Krážom B1 + lektura 2 zakupionych powieści
1 grudnia - 31 grudnia - lektura kolejnych 2 zakupionych powieści.

Zatem w ciągu tych 10 miesięcy mam zamiar:
1. Przerobić 3 części podręcznika Krížom Krážom.
2. Przeczytać 4-5 powieści w języku słowackim.
3. Zorganizować we własnym zakresie i odbyć wycieczkę do Bratysławy. W czasie wycieczki porozumiewać się wyłącznie w języku słowackim.

Co sądzicie o tym planie?

Eksperyment ten ma udowodnić, że osoba zdeterminowana jest w stanie przyswoić sobie język na bardzo wysokim poziomie w okresie krótszym niż 1 rok, pod warunkiem, że będzie to język słowiański.

Na bieżąco będę was informował o postępach w nauce. Przedstawię również reportaż z wyjazdu na Słowację.

----------
Studio Muzyki i Języków Obcych Cytryna.net:
www.cytryna.net

poniedziałek, 31 października 2016

Język w rok na własnej skórze: koniec eksperymentu

Minął prawie rok, odkąd zetknąłem się po raz pierwszy z językiem włoskim. W przeprowadzonym eksperymencie chciałem sprawdzić, czy można nauczyć się języka obcego w rok. Odpowiedź brzmi: można, a nawet trzeba!

Oczywiście należy właściwie rozumieć określenie "nauczyć się". Zupełnie nauczyć się języka nie można, ani w rok, ani w dziesięć lat. Czy jako rodowity mówca mogę powiedzieć, że znam już język polski? Czy posługuje się nim zupełnie bezbłędnie, z finezją i wyczuciem? Nie! Zawsze język można znać lepiej, tak jak zawsze można lepiej grać na fortepianie. Dlatego używam określenia "nauczyć się" w znaczeniu "osiągnąć pewien poziom samodzielności, umożliwiający używanie języka obcego w realnych sytuacjach, tj. czytanie stron internetowych, oglądanie filmików na YouTube, konwersacja na poziomie podstawowym, komunikacja z wykorzystaniem internetowych komunikatorów.

Poziom samodzielności, określmy go mianem poziomu B1, to pierwszy cel, do którego zmierza uczący się języka. Cel ten jest oazą na pustyni podczas długiej i wyczerpującej wędrówki. Po podróży pełnej trudów i wyrzeczeń, gdzie na horyzoncie widać było tylko pustkowie, piach, w dzień słońce paliło niemiłosiernie, a nocą dokuczał chłód, wreszcie możemy ugasić pragnienie przy ożywczym źródle komunikacji, odpocząć w cieniu palem lektury ulubionych stron internetowych i poczuć miły wiatr zrozumiałych dla nas wreszcie słów ulubionej piosenki. Ten moment daje siły na dalszą podróż, ale przede wszystkim wiarę w to, że tam, hen, w oddali jest gdzieś kres owej nieludzkiej pustyni, która mimo swej rozległości, przecież musi kiedyś ustąpić miejsca urodzajnym ziemiom. Oaza poziomu średniozaawansowanego jest namiastką i zwiastunem tych ziem. Co prawda można się tu jedynie pokrzepić na dalszą podróż, a nie żąć plony bez znużenia na urodzajnym polu, lecz dobre i to.

Można dojść do tej oazy w rok, a nawet trzeba. Bo cóż będzie, jeśli zaczniemy słaniać się po pustyni, krążyć wkoło, bez celu, bez wytchnienia, bez odpoczynku, bez nagrody. Na ile starczy nam wody w bukłakach, i sucharów w plecaku? Jak długo damy radę maszerować w palącym słońcu zniechęcenia. Gdy wyruszamy w podróż, zwykle jesteśmy zmotywowani, ale na jak długo starczy nam zapału, jeśli dzień następny to tylko znój i trud.

Aby pokonać pustynię i dojść do żyznych pól, które przysporzą nam zysków, dzięki swojej urodzajności, jak najszybciej musimy odnaleźć na pustyni oazę. Rok jest tutaj terminem krytycznym. Jeśli po roku nie nabierzemy sił przed dalszą podróżą, istnieje niebezpieczeństwo, że osłabniemy i już na zawsze będzie krążyć bez celu w majakach, słaniając się na nogach i ekscytując od czasu do czasu widokiem fatamorgany.

Nie ma rady. Trzeba zacisnąć zęby, przyspieszyć kroku, orientować się na słońce i zachłannie wydzierać pustyni kolejne wiorsty. Powiedzieć: nie spocznę, jeśli nie ujrzę oazy poziomu średniej samodzielności!

Tego wam życzę, drodzy czytelnicy.

Ja kończę przygodę z językiem włoskim. Dzięki niej, odwiedziłem Włochy, zobaczyłem wspaniałe miejsca i poznałem wspaniałych ludzi, którzy na zawsze zostaną w mojej pamięci. Uchyliłem drzwi do innej kultury, nowego świata. Tak dzieje się zawsze, gdy podejmujemy się nauki nowego języka. Mam nadzieję, że to nie jest ostatnia przygoda w moim życiu i jeszcze będę miał okazję powtórzyć eksperyment. Myślę już teraz o jakimś języku nieindoeuropejskim, który nastręczy licznych trudności, ale też dostarczy wspaniałych emocji i przeżyć. Tym czasem biorę się do regularnej pracy i zachęcania was na blogu do nauki według metody "Język w rok".
----------
Języka obcego nauczysz się w: www.cytryna.net

czwartek, 29 września 2016

Czy nauczyciel jest niezbędny w nauce języka obcego?

Dziś chciałbym się z wami podzielić krótką refleksją na temat, czy nauczyciel jest niezbędny w nauce języka obcego. Odpowiedź na to pytanie nie jest bowiem tak prosta, jakby się mogło zdawać.

Aby dobrze zrozumieć istotę problemu oraz odpowiedź, której za chwilę udzielę, należy sobie uświadomić w pierwszej kolejności, że ani udział w kursie, ani posiadanie prywatnego nauczyciela, ani uczęszczanie na lekcje w szkole, nie dają żadnej gwarancji, że odniesiemy sukces w nauce języka obcego. Opanowanie języka wymaga bowiem ogromnej ekspozycji na ten język, to znaczy, aby odnieść sukces, musimy mieć z językiem codzienny kontakt, i to nie przez kwadrans, ale godzinami.

Za proces uczenia się języka obcego odpowiadamy zatem my sami, a nie nauczyciel czy szkoła językowa. Żaden nauczyciel, żaden kurs i żadna szkoła językowa nie zagospodaruje nam np. 3 godzin dziennie intensywnej nauki. To, czy poddamy się tak znacznej ekspozycji, zależy tylko od nas i naszej motywacji.

W tym całym procesie nauczyciel pełni rolę jedynie pomocniczą. Może być użyteczny w następujących przypadkach:

1. Aby objaśnić trudne zagadnienia.
Z doświadczenia wiem, że takiego objaśnienia potrzebują dzieci oraz dorośli, którzy uczą się pierwszego języka. Jeśli już ktoś zna choćby podstawy jakiegoś języka i zaczyna się uczyć kolejnego z tej samej rodziny językowej, zwykle nie będzie już potrzebował nauczyciela i może poradzić sobie samemu. Jeśli jednak język jest trudny i występują w nim zjawiska odmienne od tych, z którymi mieliśmy do czynienia, wówczas nauczyciel może się okazać niezbędny. Ja, będąc filologiem z wykształcenia, nie potrzebowałbym nauczyciela do nauki hiszpańskiego. Jednak gdyby przyszło mi się uczyć języka wietnamskiego, z pewnością szukałbym pomocy u specjalisty, z obawy przed nabraniem złych nawyków np. w wymowie tonów.

2. Aby usystematyzować proces nauczania.
Jeśli uczymy się pierwszego języka obcego, wówczas nie mamy doświadczenia i możemy nie wiedzieć, jak przystąpić do tej nauki we właściwy sposób. Może dojść do sytuacji, gdy skupimy się nadmiernie na jakimś zagadnieniu, które w istocie nie jest tak ważne, a poświęcimy zbyt mało czasu innemu, które ma kardynalne znaczenie. Nauczyciel oceni też wartość materiałów dydaktycznych dostępnych na rynku i pomoże wybrać najbardziej efektywną metodę. Jeśli jednak biegle znamy angielski, powiedzmy przynajmniej na poziomie C1, czyli udowodniliśmy, że umiemy uczyć się języków obcych, wówczas nie będziemy potrzebować osoby, która będzie nam doradzać w tym zakresie.

3. Aby sprawdzić, czy nie popełniamy błędów.
Jeśli dopiero uczymy się języka, to znaczy, że go jeszcze nie znamy. Możemy więc przyswajać błędne konstrukcje, powielać je i utrwalać, wcale o tym nie wiedząc. Wówczas powinien wkroczyć dobry nauczyciel i uzmysłowić nam, na czym polega błąd i jak się go ustrzec w przyszłości. Przystępując do nauki francuskiego z pewnością chciałbym, aby ktoś od czasu do czasu posłuchał mojej wymowy i zwrócił mi uwagę, co można w niej poprawić.

Jak wynika z powyższego, odpowiedź na pytanie zadane w tytule nie jest jednoznaczna. Osoba samodzielna, zdyscyplinowana, znająca jakiś język w zaawansowanym stopniu, ucząca się nowego języka z podobnej rodziny językowej - zapisując się do szkoły językowej straci czas i pieniądze. Ktoś początkujący lub uczący się trudnego języka z trudną fonetyką, morfologią lub składnią, z pewnością będzie potrzebował wsparcia.

W każdym z powyższych przypadku należy jednak mieć na uwadze pomocniczość roli nauczyciela. Główną odpowiedzialność za czas poświęcony na naukę i swoją motywację, ponosimy my sami.
----------
Języka obcego nauczysz się w: www.cytryna.net

piątek, 26 sierpnia 2016

Język w rok na własnej skórze: miesiąc 8 - relacja z wyjazdu

Jeśli nie jesteś stałym czytelnikiem mojego bloga, wpierw przeczytaj o projekcie "Język w rok":

Ogólnie o projekcie "Język w rok"

Oto wróciłem! W ósmym miesiącu nauki języka włoskiego odbyłem zapowiadaną wcześniej 10-dniową podróż do Włoch. Zwiedziliśmy północ Italii, a centralnym ośrodkiem naszego wyjazdu był Mediolan - miasto projektantów mody, ale też ciekawych zabytków:



Mediolan to mekka zakupoholików. Znajduje się tutaj mnóstwo butików marek mniej lub bardziej znanych i renomowanych. Powyżej fotografia z miejsca najbardziej prestiżowego - Galerii Emmanuela. W tym pasażu handlowym obejmującym kilka centralnych, zadaszonych uliczek Mediolanu, mają swoje butiki największe i najbogatsze marki modowe. Te mniejsze muszą zadowolić się lokalizacjami mniej prestiżowymi.

Tuż obok Galerii Emmanuela znajduje się bodaj najbardziej znany zabytek Mediolanu i zarazem symbol tego miasta - słynna katedra Duomo:



Budowla robi wrażenie, zwłaszcza o zachodzie słońca. Do zwiedzenia w Mediolanie jest jeszcze kilka ciekawych miejsc, jednak jeśli ktoś nie przyjechał do stolicy włoskiej mody na zakupy, to miasto jest do obejścia w jeden, maksimum dwa dni. Warto jednak tu przyjechać i potraktować Mediolan jako bazę wypadową do innych pobliskich miast, co też sam uczyniłem.

Już drugiego dnia wyruszyłem pociągiem do Genui - rodzinnego miasta Krzysztofa Kolumba. Miasto to, dość urokliwe, rozkłada się nad brzegiem morza, a jego serce bije w starym porcie i w uliczkach, które od niego odchodzą. Zwiedzić tu można jedno z największych w Europie akwariów z okazami rekinów, ryby piły, delfinów, pingwinów, piranii i wielu innych gatunków zwierząt wodnych. Bilet wstępu jest nieprzyzwoicie drogi, a zwiedzanie utrudniają chmary rozwrzeszczanych dzieci, lecz mimo wszystko warto odwiedzić ten zoo-park.

Kolejne punkt na trasie swojej wycieczki wybrałem ze względu na swoje zamiłowanie do włoskiej motoryzacji. Będąc na północy Włoch, odwiedziłem muzeum motoryzacji w Turynie. Można tu obejrzeć masę ciekawych egzemplarzy samochodów zabytkowych, ze szczególnym uwzględnieniem włoskiej myśli technicznej. Mi spodobał się zwłaszcza ten model Alfy Romeo:



Szkoda, że dziś po ulicach nie jeżdżą już tak piękne samochody.
Turyn jest też bazą wypadową dla miłośników włoskich Alp, a także miejscem docelowym wielu pielgrzymów, wierzących w nadprzyrodzone właściwości znajdującego się tam całunu.


Kolejnym przystankiem podróży było jezioro Como, znajdujące się u podnóża Alp. Jezioro to jest miejscem drogim i prestiżowym. Słyszałem, że swoje domy mają tu amerykańskie gwiazdy muzyki pop oraz filmu. Ja sam spędziłem dzień nad jeziorem Como w miejscowości Lecco:




Miejsce z pewnością urokliwe, choć ucywilizowane i nie tak dzikie jak tatrzańskie jeziora.


W końcu zawitałem do Werony - miasta znanego głównie dzięki tragicznej historii pary zakochanych - Romea i Julii. I właśnie to dom Julii, ze słynnym balkonikiem, na których zwykła wyczekiwać na swojego ukochanego, jest najbardziej obleganym zabytkiem miasta. A miasto jest nasączone włoskością. Kipi urokliwymi uliczkami, wąskimi kamieniczkami, restauracyjkami i kafejkami z wybornym jedzeniem. Jeśli w dzieciństwie wyobrażałem sobie Włochy, to wyobrażałem je sobie właśnie takie, jakie ujrzałem w Weronie. A to rzeczony, słynny balkonik Julii:





Prawda, że uroczy? Kontemplując jego piękno, trudno się wszakże skupić, że względu na dobiegające zewsząd odgłosy cmoknięć zakochanych, którzy przybyli na to miejsce, zapewne w celu scementowania swojej miłości.

To tyle, jeśli chodzi o przebieg podróży. Zainteresowanych tą częścią Włoch, odsyłam do stosownych przewodników i blogów podróżniczych. My przejdźmy do sedna, a więc do języka włoskiego, którego konsumpcja wśród rodowitych mówców miała być celem i treścią tej wycieczki.

W czasie wyjazdu wykorzystałem język, którego się uczę od ośmiu miesięcy, w następujących sytuacjach:

1. Zameldowałem się w hotelu. Poinformowałem recepcjonistkę, że mam tu zarezerwowany pokój. Zrozumiałem, że mam podać dokument oraz wypełnić formularz rejestracyjny, który też był w języku włoskim. Zapewne otrzymałem taką wersję, z uwagi na to, że już na wstępnie zagaiłem w języku tubylczym. Zrozumiałem też dyspozycje recepcjonistki, zwłaszcza dotyczące wydania klucza itp.

2. Kupiłem bilety. Zrozumiałem cenę i przekazałem odpowiednią ilość gotówki.

3. Zrobiłem zakupy w sklepie, co nie było przesadnie trudne z uwagi na to, że był to market.

4. Zamawiałem jedzenie w restauracjach i prosiłem o rachunek. Raz udało mi się nawet pogawędzić z kelnerem. Był to żartowniś, który starał się każdemu klientowi zrobić jakiegoś sympatycznego psikusa. Po zjedzonym posiłku postanowiłem również pożartować, zapytując, czy za obiady w tej restauracji należy płacić. Kelner nie stracił poczucia humoru i odpowiedział, że "dla przyjaciół knajpa jest bezpłatna, więc nic nie płacę".

5. Kupiłem kilka książek w księgarni. Tu jednak poległem, gdyż sprzedawca zadał mi pytanie, którego nie zrozumiałem. Chyba chodziło o jakąś kartę rabatową. Do dziś nie mam pewności.

6. Kupiłem małżonce buty, co było trudnym wyzwaniem. Trzeba było bowiem prosić o "rozmiar nr..." oraz "buty o rozmiar większe" oraz "pół numeru mniejsze". Sympatyczna sprzedawczyni była przy tym wyjątkowo gadatliwa i nie ułatwiała mi zadania, opowiadając o każdym produkcie i wychwalając jego zalety. Mówiła po włosku i mówiła szybko, ani przez chwilę nie upewniając się, że wszystko rozumiem, uznając to za pewnik. Czyżby myślała, że jestem cudzoziemcem na stałe mieszkającym we Włoszech.

7. Oczekując na pociąg, odbyłem pogawędkę ze starszą panią. Rozmowę sam zainicjowałem po tym, jak obwąchał mnie jej piesek. Zapytałem, jak piesek się wabi i pochwaliłem, że ładny. Pani zapytała mnie, czy też mam psa. Gdy dowiedziała się, że mam prawdziwe zoo w domu, była cała w skowronkach.

Było też kilka innych sytuacji, jak zakup pamiątek, targowanie się z ulicznym sprzedawcą itp.

Tak to mniej więcej wyglądało. Każdego dnia mogłem wykorzystać swoją znajomość języka i zazwyczaj szło mi na akceptowalnym poziomie, to znaczy osiągałem swój cel.

Do końca roku pozostały 4 miesiące. Spożytkuję je na dalsze studiowanie podręcznika Wiedzy Powszechnej oraz lekturę książek, które nabyłem.

To tyle na gorąco. Jeśli coś przyjdzie mi do głowy, dopiszę.
----------
Języka obcego nauczysz się w: www.cytryna.net

piątek, 29 lipca 2016

Język w rok na własnej skórze: miesiąc 7 - pakuję walizki

Przeczytaj o moim projekcie "Język w rok"

Minął 7 miesiąc nauki. Przerobiłem kurs Assimil, jestem w połowie podręcznika Wiedzy Powszechnej. Za niecałe dwa tygodnie wyjeżdżam do Włoch. Jak już pisałem, w trakcie dnia będę trenował język w następujących sytuacjach:

- lotnisko - rozumienie komunikatów, odprawa
- dworzec kolejowy - rozumienie komunikatów, zakup biletów, uzyskanie informacji o pociągu
- komunikacja miejska - zakup biletów, obsługa automatów biletowych, rozumienie komunikatów
- sklep - zrobienie zakupów spożywczych, zakup odzieży
- restauracja - złożenie zamówienia, prośba o rachunek
- hotel - zakwaterowanie, wykwaterowanie
- poczta - zakup pocztówek i znaczków
- muzeum - zakup biletów, zrozumienie przewodnika
- kontakty z ludźmi - opowiedzenie o sobie, nawiązanie krótkiej rozmowy, wymiana uprzejmości

Po powrocie do hotelu przynajmniej przez godzinę lub dwie będę studiował podręcznik Wiedzy Powszechnej jak również uczył się zwrotów, które byłyby przydatne następnego dnia.

W sumie 10 dni intensywnej nauki. Liczę, że utrwalę poznane już konstrukcje językowe oraz nauczę się przynajmniej 200 nowych słów.

Po powrocie zdam relację.