poniedziałek, 31 października 2016

Język w rok na własnej skórze: koniec eksperymentu

Minął prawie rok, odkąd zetknąłem się po raz pierwszy z językiem włoskim. W przeprowadzonym eksperymencie chciałem sprawdzić, czy można nauczyć się języka obcego w rok. Odpowiedź brzmi: można, a nawet trzeba!

Oczywiście należy właściwie rozumieć określenie "nauczyć się". Zupełnie nauczyć się języka nie można, ani w rok, ani w dziesięć lat. Czy jako rodowity mówca mogę powiedzieć, że znam już język polski? Czy posługuje się nim zupełnie bezbłędnie, z finezją i wyczuciem? Nie! Zawsze język można znać lepiej, tak jak zawsze można lepiej grać na fortepianie. Dlatego używam określenia "nauczyć się" w znaczeniu "osiągnąć pewien poziom samodzielności, umożliwiający używanie języka obcego w realnych sytuacjach, tj. czytanie stron internetowych, oglądanie filmików na YouTube, konwersacja na poziomie podstawowym, komunikacja z wykorzystaniem internetowych komunikatorów.

Poziom samodzielności, określmy go mianem poziomu B1, to pierwszy cel, do którego zmierza uczący się języka. Cel ten jest oazą na pustyni podczas długiej i wyczerpującej wędrówki. Po podróży pełnej trudów i wyrzeczeń, gdzie na horyzoncie widać było tylko pustkowie, piach, w dzień słońce paliło niemiłosiernie, a nocą dokuczał chłód, wreszcie możemy ugasić pragnienie przy ożywczym źródle komunikacji, odpocząć w cieniu palem lektury ulubionych stron internetowych i poczuć miły wiatr zrozumiałych dla nas wreszcie słów ulubionej piosenki. Ten moment daje siły na dalszą podróż, ale przede wszystkim wiarę w to, że tam, hen, w oddali jest gdzieś kres owej nieludzkiej pustyni, która mimo swej rozległości, przecież musi kiedyś ustąpić miejsca urodzajnym ziemiom. Oaza poziomu średniozaawansowanego jest namiastką i zwiastunem tych ziem. Co prawda można się tu jedynie pokrzepić na dalszą podróż, a nie żąć plony bez znużenia na urodzajnym polu, lecz dobre i to.

Można dojść do tej oazy w rok, a nawet trzeba. Bo cóż będzie, jeśli zaczniemy słaniać się po pustyni, krążyć wkoło, bez celu, bez wytchnienia, bez odpoczynku, bez nagrody. Na ile starczy nam wody w bukłakach, i sucharów w plecaku? Jak długo damy radę maszerować w palącym słońcu zniechęcenia. Gdy wyruszamy w podróż, zwykle jesteśmy zmotywowani, ale na jak długo starczy nam zapału, jeśli dzień następny to tylko znój i trud.

Aby pokonać pustynię i dojść do żyznych pól, które przysporzą nam zysków, dzięki swojej urodzajności, jak najszybciej musimy odnaleźć na pustyni oazę. Rok jest tutaj terminem krytycznym. Jeśli po roku nie nabierzemy sił przed dalszą podróżą, istnieje niebezpieczeństwo, że osłabniemy i już na zawsze będzie krążyć bez celu w majakach, słaniając się na nogach i ekscytując od czasu do czasu widokiem fatamorgany.

Nie ma rady. Trzeba zacisnąć zęby, przyspieszyć kroku, orientować się na słońce i zachłannie wydzierać pustyni kolejne wiorsty. Powiedzieć: nie spocznę, jeśli nie ujrzę oazy poziomu średniej samodzielności!

Tego wam życzę, drodzy czytelnicy.

Ja kończę przygodę z językiem włoskim. Dzięki niej, odwiedziłem Włochy, zobaczyłem wspaniałe miejsca i poznałem wspaniałych ludzi, którzy na zawsze zostaną w mojej pamięci. Uchyliłem drzwi do innej kultury, nowego świata. Tak dzieje się zawsze, gdy podejmujemy się nauki nowego języka. Mam nadzieję, że to nie jest ostatnia przygoda w moim życiu i jeszcze będę miał okazję powtórzyć eksperyment. Myślę już teraz o jakimś języku nieindoeuropejskim, który nastręczy licznych trudności, ale też dostarczy wspaniałych emocji i przeżyć. Tym czasem biorę się do regularnej pracy i zachęcania was na blogu do nauki według metody "Język w rok".

czwartek, 29 września 2016

Czy nauczyciel jest niezbędny w nauce języka obcego?

Dziś chciałbym się z wami podzielić krótką refleksją na temat, czy nauczyciel jest niezbędny w nauce języka obcego. Odpowiedź na to pytanie nie jest bowiem tak prosta, jakby się mogło zdawać.

Aby dobrze zrozumieć istotę problemu oraz odpowiedź, której za chwilę udzielę, należy sobie uświadomić w pierwszej kolejności, że ani udział w kursie, ani posiadanie prywatnego nauczyciela, ani uczęszczanie na lekcje w szkole, nie dają żadnej gwarancji, że odniesiemy sukces w nauce języka obcego. Opanowanie języka wymaga bowiem ogromnej ekspozycji na ten język, to znaczy, aby odnieść sukces, musimy mieć z językiem codzienny kontakt, i to nie przez kwadrans, ale godzinami.

Za proces uczenia się języka obcego odpowiadamy zatem my sami, a nie nauczyciel czy szkoła językowa. Żaden nauczyciel, żaden kurs i żadna szkoła językowa nie zagospodaruje nam np. 3 godzin dziennie intensywnej nauki. To, czy poddamy się tak znacznej ekspozycji, zależy tylko od nas i naszej motywacji.

W tym całym procesie nauczyciel pełni rolę jedynie pomocniczą. Może być użyteczny w następujących przypadkach:

1. Aby objaśnić trudne zagadnienia.
Z doświadczenia wiem, że takiego objaśnienia potrzebują dzieci oraz dorośli, którzy uczą się pierwszego języka. Jeśli już ktoś zna choćby podstawy jakiegoś języka i zaczyna się uczyć kolejnego z tej samej rodziny językowej, zwykle nie będzie już potrzebował nauczyciela i może poradzić sobie samemu. Jeśli jednak język jest trudny i występują w nim zjawiska odmienne od tych, z którymi mieliśmy do czynienia, wówczas nauczyciel może się okazać niezbędny. Ja, będąc filologiem z wykształcenia, nie potrzebowałbym nauczyciela do nauki hiszpańskiego. Jednak gdyby przyszło mi się uczyć języka wietnamskiego, z pewnością szukałbym pomocy u specjalisty, z obawy przed nabraniem złych nawyków np. w wymowie tonów.

2. Aby usystematyzować proces nauczania.
Jeśli uczymy się pierwszego języka obcego, wówczas nie mamy doświadczenia i możemy nie wiedzieć, jak przystąpić do tej nauki we właściwy sposób. Może dojść do sytuacji, gdy skupimy się nadmiernie na jakimś zagadnieniu, które w istocie nie jest tak ważne, a poświęcimy zbyt mało czasu innemu, które ma kardynalne znaczenie. Nauczyciel oceni też wartość materiałów dydaktycznych dostępnych na rynku i pomoże wybrać najbardziej efektywną metodę. Jeśli jednak biegle znamy angielski, powiedzmy przynajmniej na poziomie C1, czyli udowodniliśmy, że umiemy uczyć się języków obcych, wówczas nie będziemy potrzebować osoby, która będzie nam doradzać w tym zakresie.

3. Aby sprawdzić, czy nie popełniamy błędów.
Jeśli dopiero uczymy się języka, to znaczy, że go jeszcze nie znamy. Możemy więc przyswajać błędne konstrukcje, powielać je i utrwalać, wcale o tym nie wiedząc. Wówczas powinien wkroczyć dobry nauczyciel i uzmysłowić nam, na czym polega błąd i jak się go ustrzec w przyszłości. Przystępując do nauki francuskiego z pewnością chciałbym, aby ktoś od czasu do czasu posłuchał mojej wymowy i zwrócił mi uwagę, co można w niej poprawić.

Jak wynika z powyższego, odpowiedź na pytanie zadane w tytule nie jest jednoznaczna. Osoba samodzielna, zdyscyplinowana, znająca jakiś język w zaawansowanym stopniu, ucząca się nowego języka z podobnej rodziny językowej - zapisując się do szkoły językowej straci czas i pieniądze. Ktoś początkujący lub uczący się trudnego języka z trudną fonetyką, morfologią lub składnią, z pewnością będzie potrzebował wsparcia.

W każdym z powyższych przypadku należy jednak mieć na uwadze pomocniczość roli nauczyciela. Główną odpowiedzialność za czas poświęcony na naukę i swoją motywację, ponosimy my sami.

piątek, 26 sierpnia 2016

Język w rok na własnej skórze: miesiąc 8 - relacja z wyjazdu

Jeśli nie jesteś stałym czytelnikiem mojego bloga, wpierw przeczytaj o projekcie "Język w rok":

Ogólnie o projekcie "Język w rok"

Oto wróciłem! W ósmym miesiącu nauki języka włoskiego odbyłem zapowiadaną wcześniej 10-dniową podróż do Włoch. Zwiedziliśmy północ Italii, a centralnym ośrodkiem naszego wyjazdu był Mediolan - miasto projektantów mody, ale też ciekawych zabytków:



Mediolan to mekka zakupoholików. Znajduje się tutaj mnóstwo butików marek mniej lub bardziej znanych i renomowanych. Powyżej fotografia z miejsca najbardziej prestiżowego - Galerii Emmanuela. W tym pasażu handlowym obejmującym kilka centralnych, zadaszonych uliczek Mediolanu, mają swoje butiki największe i najbogatsze marki modowe. Te mniejsze muszą zadowolić się lokalizacjami mniej prestiżowymi.

Tuż obok Galerii Emmanuela znajduje się bodaj najbardziej znany zabytek Mediolanu i zarazem symbol tego miasta - słynna katedra Duomo:

 
 
Budowla robi wrażenie, zwłaszcza o zachodzie słońca. Do zwiedzenia w Mediolanie jest jeszcze kilka ciekawych miejsc, jednak jeśli ktoś nie przyjechał do stolicy włoskiej mody na zakupy, to miasto jest do obejścia w jeden, maksimum dwa dni. Warto jednak tu przyjechać i potraktować Mediolan jako bazę wypadową do innych pobliskich miast, co też sam uczyniłem.
 
Już drugiego dnia wyruszyłem pociągiem do Genui - rodzinnego miasta Krzysztofa Kolumba. Miasto to, dość urokliwe, rozkłada się nad brzegiem morza, a jego serce bije w starym porcie i w uliczkach, które od niego odchodzą. Zwiedzić tu można jedno z największych w Europie akwariów z okazami rekinów, ryby piły, delfinów, pingwinów, piranii i wielu innych gatunków zwierząt wodnych. Bilet wstępu jest nieprzyzwoicie drogi, a zwiedzanie utrudniają chmary rozwrzeszczanych dzieci, lecz mimo wszystko warto odwiedzić ten zoo-park.
 
Kolejne punkt na trasie swojej wycieczki wybrałem ze względu na swoje zamiłowanie do włoskiej motoryzacji. Będąc na północy Włoch, odwiedziłem muzeum motoryzacji w Turynie. Można tu obejrzeć masę ciekawych egzemplarzy samochodów zabytkowych, ze szczególnym uwzględnieniem włoskiej myśli technicznej. Mi spodobał się zwłaszcza ten model Alfy Romeo:
 
 
 
Szkoda, że dziś po ulicach nie jeżdżą już tak piękne samochody.
Turyn jest też bazą wypadową dla miłośników włoskich Alp, a także miejscem docelowym wielu pielgrzymów, wierzących w nadprzyrodzone właściwości znajdującego się tam całunu.
 
 
Kolejnym przystankiem podróży było jezioro Como, znajdujące się u podnóża Alp. Jezioro to jest miejscem drogim i prestiżowym. Słyszałem, że swoje domy mają tu amerykańskie gwiazdy muzyki pop oraz filmu. Ja sam spędziłem dzień nad jeziorem Como w miejscowości Lecco:
 
 
 
 
Miejsce z pewnością urokliwe, choć ucywilizowane i nie tak dzikie jak tatrzańskie jeziora.
 
 
W końcu zawitałem do Werony - miasta znanego głównie dzięki tragicznej historii pary zakochanych - Romea i Julii. I właśnie to dom Julii, ze słynnym balkonikiem, na których zwykła wyczekiwać na swojego ukochanego, jest najbardziej obleganym zabytkiem miasta. A miasto jest nasączone włoskością. Kipi urokliwymi uliczkami, wąskimi kamieniczkami, restauracyjkami i kafejkami z wybornym jedzeniem. Jeśli w dzieciństwie wyobrażałem sobie Włochy, to wyobrażałem je sobie właśnie takie, jakie ujrzałem w Weronie. A to rzeczony, słynny balkonik Julii:
 




Prawda, że uroczy? Kontemplując jego piękno, trudno się wszakże skupić, że względu na dobiegające zewsząd odgłosy cmoknięć zakochanych, którzy przybyli na to miejsce, zapewne w celu scementowania swojej miłości.

To tyle, jeśli chodzi o przebieg podróży. Zainteresowanych tą częścią Włoch, odsyłam do stosownych przewodników i blogów podróżniczych. My przejdźmy do sedna, a więc do języka włoskiego, którego konsumpcja wśród rodowitych mówców miała być celem i treścią tej wycieczki.

W czasie wyjazdu wykorzystałem język, którego się uczę od ośmiu miesięcy, w następujących sytuacjach:

1. Zameldowałem się w hotelu. Poinformowałem recepcjonistkę, że mam tu zarezerwowany pokój. Zrozumiałem, że mam podać dokument oraz wypełnić formularz rejestracyjny, który też był w języku włoskim. Zapewne otrzymałem taką wersję, z uwagi na to, że już na wstępnie zagaiłem w języku tubylczym. Zrozumiałem też dyspozycje recepcjonistki, zwłaszcza dotyczące wydania klucza itp.

2. Kupiłem bilety. Zrozumiałem cenę i przekazałem odpowiednią ilość gotówki.

3. Zrobiłem zakupy w sklepie, co nie było przesadnie trudne z uwagi na to, że był to market.

4. Zamawiałem jedzenie w restauracjach i prosiłem o rachunek. Raz udało mi się nawet pogawędzić z kelnerem. Był to żartowniś, który starał się każdemu klientowi zrobić jakiegoś sympatycznego psikusa. Po zjedzonym posiłku postanowiłem również pożartować, zapytując, czy za obiady w tej restauracji należy płacić. Kelner nie stracił poczucia humoru i odpowiedział, że "dla przyjaciół knajpa jest bezpłatna, więc nic nie płacę".

5. Kupiłem kilka książek w księgarni. Tu jednak poległem, gdyż sprzedawca zadał mi pytanie, którego nie zrozumiałem. Chyba chodziło o jakąś kartę rabatową. Do dziś nie mam pewności.

6. Kupiłem małżonce buty, co było trudnym wyzwaniem. Trzeba było bowiem prosić o "rozmiar nr..." oraz "buty o rozmiar większe" oraz "pół numeru mniejsze". Sympatyczna sprzedawczyni była przy tym wyjątkowo gadatliwa i nie ułatwiała mi zadania, opowiadając o każdym produkcie i wychwalając jego zalety. Mówiła po włosku i mówiła szybko, ani przez chwilę nie upewniając się, że wszystko rozumiem, uznając to za pewnik. Czyżby myślała, że jestem cudzoziemcem na stałe mieszkającym we Włoszech.

7. Oczekując na pociąg, odbyłem pogawędkę ze starszą panią. Rozmowę sam zainicjowałem po tym, jak obwąchał mnie jej piesek. Zapytałem, jak piesek się wabi i pochwaliłem, że ładny. Pani zapytała mnie, czy też mam psa. Gdy dowiedziała się, że mam prawdziwe zoo w domu, była cała w skowronkach.

Było też kilka innych sytuacji, jak zakup pamiątek, targowanie się z ulicznym sprzedawcą itp.

Tak to mniej więcej wyglądało. Każdego dnia mogłem wykorzystać swoją znajomość języka i zazwyczaj szło mi na akceptowalnym poziomie, to znaczy osiągałem swój cel.

Do końca roku pozostały 4 miesiące. Spożytkuję je na dalsze studiowanie podręcznika Wiedzy Powszechnej oraz lekturę książek, które nabyłem.

To tyle na gorąco. Jeśli coś przyjdzie mi do głowy, dopiszę.

piątek, 29 lipca 2016

Język w rok na własnej skórze: miesiąc 7 - pakuję walizki

Przeczytaj o moim projekcie "Język w rok"

Minął 7 miesiąc nauki. Przerobiłem kurs Assimil, jestem w połowie podręcznika Wiedzy Powszechnej. Za niecałe dwa tygodnie wyjeżdżam do Włoch. Jak już pisałem, w trakcie dnia będę trenował język w następujących sytuacjach:

- lotnisko - rozumienie komunikatów, odprawa
- dworzec kolejowy - rozumienie komunikatów, zakup biletów, uzyskanie informacji o pociągu
- komunikacja miejska - zakup biletów, obsługa automatów biletowych, rozumienie komunikatów
- sklep - zrobienie zakupów spożywczych, zakup odzieży
- restauracja - złożenie zamówienia, prośba o rachunek
- hotel - zakwaterowanie, wykwaterowanie
- poczta - zakup pocztówek i znaczków
- muzeum - zakup biletów, zrozumienie przewodnika
- kontakty z ludźmi - opowiedzenie o sobie, nawiązanie krótkiej rozmowy, wymiana uprzejmości

Po powrocie do hotelu przynajmniej przez godzinę lub dwie będę studiował podręcznik Wiedzy Powszechnej jak również uczył się zwrotów, które byłyby przydatne następnego dnia.

W sumie 10 dni intensywnej nauki. Liczę, że utrwalę poznane już konstrukcje językowe oraz nauczę się przynajmniej 200 nowych słów.

Po powrocie zdam relację.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Recenzja metody audiolingwalnej, opartej o tzw. pattern drills

Otrzymałem następujące pytanie:

"Z Pana wypowiedzi rozumiem, że najpierw należy bardzo dużo czytać i powtarzać a dopiero po jakimś czasie zacząć mówić. Natomiast w internecie znalazłem artykuł z wypowiedziami pana Szkutnika oraz Krzyżanowskiego, że aby nauczyć się angielskiego, należy w jak najkrótszym czasie nauczyć się na pamięć wyrażeń i zdań, aby je móc automatycznie powtórzyć bez zająknięcia. Jakie jest Pana zdanie?"

Metoda Pana Szkutnika oraz Krzyżanowskiego czerpie z metody audiolingwalnej opartej o tzw. pattern drills. Metoda ta polega na uczeniu się listy wyrażeń i zdań oraz powtarzanie ich wiele razy, aż do osiągnięcia doskonałej biegłości. W metodzie tej niezwykle ważne jest wielokrotne odsłuchiwanie nagrań i powtarzanie za lektorem.

Metoda pattern drills jest metodą dość starą. Popularność zaczęła zyskiwać w latach '40 XX w. Z metodą tą nieodzownie kojarzą się tzw. laboratoria językowe, w których dzielono klasę szkolną na pojedyncze boksy, a których uczniowie siedzieli odseparowani od siebie, a z otoczeniem łączyli się za pomocą słuchawek i mikrofonu. Metoda audiowizualna w owym czasie cieszyła się dużą popularnością ponieważ:
- była odpowiedzią na bardzo przestarzałą metodę tłumaczeniową, właściwą bardziej do dydatktyki martwych języków klasycznych, np. łaciny.
- dzięki znacznej ekspozysji na nagrania w języku obcym oraz konieczność powtarzania za lektorem zdań, bardzo poprawiała wymowę studentów.

Metoda audiowizualna oparta o pattern drills została jednakże poddana krytyce przez czołowych językoznawców oraz dydaktyków. Na czoło wysuwa się tutaj Noam Chomsky, który twierdzi, że "Język nie jest strukturą o charakterze nawykowym. Zwykłe zachowanie językowe najczęściej obejmuje innowację, formułowanie nowych zdań i wzorców zgodnie z zasadami charakteryzującymi się duża abstrakcyjnością i zawiłością."

Dlatego lansowana przez Pana Szkutnika oraz Pana Krzyżanowskiego metoda, pomimo swoich walorów, została zarzucona w dydaktyce języków obcych. Była to metoda lepsza w porównaniu do metody tłumaczeniowej, ale nie jest optymalna, jeśli uwazględnić obecny stan wiedzy na temat nauczania języka obcego.

Podstawową wadą medoty pattern drills jest przeraźliwa nuda. Wielokrotne powtarzanie zdań i wyrażeń, które zwykle nie mają żadnego związku z naszym życiem, może zabić pasję do nauki języków obcych nawet u najbardziej zmotywowanych uczniów. Krąży też dowcip o nowej nauczycielce języka obcego, która została przydzielona do grupy studentów prowadzonych metodą patterns. Aby zagaić, zapytała, kim są ich rodzice. Każdy ze studentów odpowiedział, że "mój ojciec jest lekarzem, a matka nauczycielką". Nowa nauczycielka zdziwiła się, że wszyscy rodzice wykonują ten sam zawód. Jednak, jak się potem okazało, odpowiedź uczniów nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Po prostu w ich podręczniku było zdanie "Mój ojciec jest lekarzem, a matka nauczycielką" i nie znali oni żadnego innego zwrotu ani słowa na określenie zawodu.

Faktycznie komunikacja ludzka nie jest schematyczna. Nie da się jej, jak wskazał na to Chomsky, zamknąć w zestawie kilkuset doskonale przećwiczonych zwrotów. Ucząc się języka obcego metodą patterns, zmuszeni jesteśmy dostosowywać świat do języka, a nie język do otaczającego świata, jak to zostało dobitnie wykazane w anegdocie, którą przed chwilą opowiedziałem. Dlatego ważne jest, aby uczeń w czasie nauki został wystawiony na częstą, dużą i bogatą ekspozycję różnorakich słów, zwrotów, konstrukcji itp. Jeśli uczeń w odpowiednio długim czasie nasiąknie bogactwem języka, wówczas będzie mógł we własciwym czasie dobyć z wypełnionego przez siebie skarbca mowy, odpowiedni i trafny zwrot.

Niestety nie prowadziłem badań na szerokiej grupie populacji. Nie mniej jednak obserwacja jednostkowych przypadków tak w rodzinie, jak wśród znajomych, którzy uwierzyli lansowanemu przeze mnie poglądowi, utwierdza mnie w przekonaniu, że obfita lektura przyczynia się w większym stopniu do nabycia czynnych kompetencji językowych niż rzeczona metoda pattern drills, metoda tłumaczeniowe, a nawet obowiązująca w chwili obecnej metoda komunikacyjna.

Zdanie reprezentowane przeze mnie na tym blogu nie jest moim oryginalnym wymysłem. Podzielam w tym względzie opinię światowej sławy językoznawcy Stephen Krashen'a, rosyjskiego dydatkyka Illi Franka, kanadyjskiego dyplomaty, a zarazem internetowego, językowego celebryty Steve Kaufmann'a, czy też amerykańskiego informatyka o przeciętnych zdolnościach językowych, któremu biegle udało się opanować język polski dzięki lekturze wszystkich tomów powieści o Harrym Poterze - David Snopek'a. 

Biorąc pod uwagę bezskuteczność szkolnej edukacji przez wiele lat oraz bankructwo wyżej wymienionych metod stosowanych na szeroką skalę na milionowych populacjach studentów, podjąłbym na Pana miejsu ryzyko i przyjąłbym jako docelową metodę lansowaną przeze mnie. Metodę, jak Pan słusznie zauważa, można streścić w następujący sposób:

1. Przerobić w krótkim czasie dowolny podręcznik do danego języka, przyswajając podstawowy zasób słów oraz zasady gramatyczne.
2. Rozpocząć bardzo intensywną lekturę książek obcojęzycznych, dbając o to, aby tematyka lektur była dla nas interesująca.


W czasie realizacji powyższego należy kierować się zasadami:

1. Zasada codziennej ekspozycji - powinniśmy mieć kontakt z językiem codziennie przez minimum 2 godziny.
2. Zasada autentyczności - czytamy książki, które nas interesują, o których chętnie byśmy porozmawiali.
3. Zasada "wbiegania na ślizgawkę". Nie da się wejść na wyślizganą górkę - trzeba na nią wbiec z rozpędu. Nauki języka nie należy rozwlekać na lata, lecz nauczyć się języka w rok-dwa.

Wynika z tego, że będziemy czytać co najmniej jedną powieść miesięcznie. Co najmniej, bo oczywiście można więcej. Po przeczytaniu około 2-3 tysięcy stron, można próbować opowiadać znajomym, rodzinie, lub sobie samemu, co się przeczytało, co było interesującego, z czym się zgadzamy, a co nas mierzi. Podczas dialogów/monologów wykorzystujemy zdania i słowa z przeczytanych książek. Czytając książki następne, staramy się zapamiętać zdania, które potem mogą nam być przydatne w czasie rozmowy. Warto założyć zeszyt specjalnie na ten cel. Można pisać recenzje przeczytanych przez siebie książek.

Efekt murowany.

wtorek, 31 maja 2016

Nauka i akwizycja języka

Dziś zajmiemy się niezwykle ważnym rozróżnieniem. Powiemy, czym różni się nauka od akwizycji języka obcego.

Nauka języka odbywa się wówczas, gdy przyswajamy język w warunkach sztucznie przez nas stworzonych. Są to na przykład lekcje języka obcego w szkolnej klasie, "przerabianie" podręcznika, słuchanie spreparowanych nagrań, nauka list słówek na pamięć.

Akwizycja języka to jego przyswajanie w realnych sytuacjach. Są to na przykład: rozmowa z obcojęzycznym przyjacielem, czytanie interesujących nas książek w języku obcym, zagraniczna podróż, wykonywanie pracy, w której konieczne jest posługiwanie się językiem obcym na co dzień.

Główną przyczyną niepowodzenia w nauce języków obcych jest to, że ograniczamy się właśnie tylko do nauki, zaniedbując akwizycję. Nauka to tak, jakby przeczytać książkę o pływaniu. Akwizycja to wejście do basenu i podjęcie próby pływania.

Nie ma możliwości opanowania języka obcego na satysfakcjonującym poziomie bez używania go w realnych sytuacjach odnoszących się bezpośrednio do nas - innymi słowy nie ma nauki bez akwizycji.

wtorek, 10 maja 2016

Język w rok na własnej skórze: miesiąc 4 - przygotowania do wyjazdu

W ramach mojego projektu "Język w rok":

Przeczytaj o moim projekcie "Język w rok"

, podczas którego uczę się języka włoskiego "od zera", zbliżam się do końca kursu Assimil. Myślę, że cały kurs Assimil zostanie ukończony gdzieś w połowie maja. Wówczas przejdę do intensywnej nauki drugiego podręcznika - "Język włoski dla początkujących" wydawnictwa Wiedza Powszechna, który teraz ledwie przeglądam.

Powoli też kończę lekturę pierwszej książki uproszczonej. Od maja zacznę, zgodnie z planem wkuwanie podręcznika "Język włoski dla początkujących" Wiedzy Powszechnej.

Swój plan nauki uzupełniłem o wyjazd do Włoch. Chciałbym, aby ten wyjazd przyczynił się do zwiększenia mojej motywacji do nauki w najbliższych miesiącach oraz aby poprawił moją płynność w mówieniu.

Wyjazd nastąpi w drugiej połowie sierpnia 2016. Wyjadę na 10 dni, a miejscem docelowym będzie Mediolan oraz okoliczne miasta, np. Turyn, Genua, Werona. W czasie wyjazdu chciałbym przetrenować następujące sprawności:

- lotnisko - rozumienie komunikatów, odprawa
- dworzec kolejowy - rozumienie komunikatów, zakup biletów, uzyskanie informacji o pociągu
- komunikacja miejska - zakup biletów, obsługa automatów biletowych, rozumienie komunikatów
- sklep - zrobienie zakupów spożywczych, zakup odzieży
- restauracja - złożenie zamówienia, prośba o rachunek
- hotel - zakwaterowanie, wykwaterowanie
- poczta - zakup pocztówek i znaczków
- muzeum - zakup biletów, zrozumienie przewodnika
- kontakty z ludźmi - opowiedzenie o sobie, nawiązanie krótkiej rozmowy, wymiana uprzejmości

Dodatkowo każdego dnia wieczorem będę studiował podręcznik przynajmniej godzinę dziennie.

Naturalnie z mojego wyjazdu zdam szczegółową relację w odcinkach wraz ze zdjęciami (fotostory). Wyjazd ten będzie też swego rodzaju sprawdzianem, jaki poziom osiągnąłem na półmetku mojego projektu.